LifeFree.pl

O podróży za grosz z ekologią w tle, czyli eko-driving. (6)

Ryszard Kulik
Ryszard Kulik

1 maja, wtorek

Wyspaliśmy się wyśmienicie. O 8.00 byliśmy już spakowani, gotowi do drogi. Ale okazało się, że tylko my jesteśmy takimi rannymi ptaszkami. Tereny zamku Maurów były jeszcze zamknięte, a to właśnie przez nie prowadziła nasza ścieżka do dworca w Sintrze. Chcieliśmy przeskoczyć płot, ale patrzyła na nas kamera, więc zrezygnowaliśmy. Trochę błądziliśmy, aż spotkaliśmy lokalsa, który zachęcił nas do przejścia przez płot mimo kamery. Powiedział, żebyśmy się nie przyjmowali, bo on robi tak zawsze. No to zrobiliśmy. A następnie niespiesznie zeszliśmy na dół do miasteczka. Tam poszedłem kupić chleb i ogórka i na ławce zjedliśmy śniadanie kończące nasze zapasy z Polski.

 

Do pociągu do Lizbony wsiedliśmy o 10.00, by po pół godzinie znaleźć się na stacji Orientale. Tam wsiedliśmy do pociągu jadącego do Aveiro. Po 16.00 byliśmy na miejscu. Na peronie czekała na nas Marisa, u której mieliśmy się zatrzymać do piątku. Idąc przez dworzec spotkaliśmy Agnieszkę i Piotra – polskich uczestników projektu, którzy też właśnie przyjechali pociągiem z Porto. Chwilę pogadaliśmy i umówiliśmy się za parę godzin przed teatrem, gdzie byliśmy zaproszeni na koncert.

Marisa zabrała nas do siebie samochodem. W zupełnie przytulnym mieszkanku w bloku czekał na nas kot, który, gdy nas zobaczył i obwąchał, zaczął prychać, warczeć i szczerzyć zęby. Zachowywał się jak prawdziwy król przed abdykacją. I rzeczywiście za naszą przyczyną musiał opuścić salon, który przejęliśmy na kilka dni. Ogarnęliśmy się nieco, a następnie wybraliśmy z naszą gospodynią na zwiedzanie miasta. Aveiro oczywiście nie jest tak piękne jak Lizbona, ale ma też swój urok. Przede wszystkim wyróżnia się płytkami azulejos, które ozdabiają wiele budynków.

 

O 17.30 stawiliśmy się przed teatrem. Dostaliśmy bilety w rzędzie J z numerami 1 i 2. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że fotele numerowane są nie z jednego krańca do drugiego, tylko od środka rzędu na przemian z lewej i prawej strony. Prawdziwy majstersztyk. Zajęło mam trochę czasu, zanim się w tym zorientowaliśmy. Koncert zawierał popularne piosenki z czasów rewolucji goździków. Widać było, jak publiczność żywo reaguje na te utwory. Ludzie śpiewali, wstawili z foteli, ronili łzy. To wszystko było wzruszające, choć to przecież nie nasza historia. Ciekawe swoją drogą, czy u nas ludzie reagowaliby tak żywo przy piosenkach z okresu Solidarności?

 

Po koncercie zostaliśmy zaproszeni na kolację do niewielkiej knajpki. Zamówiłem zupę dnia i danie arabskie: kuskus z warzywami. No i dostałem zimną kartoflankę oraz odrobinę kaszy z rozgotowanymi roślinami. Porażka. Na całe szczęście Basia zamówiła tofu curry i dostała całkiem sporą porcję, którą się ze mną podzieliła. Ale dostała swoją potrawę na aluminiowej patelni... Szkoda gadać. Portugalczycy kulinarnie powinni wybrać się na konsultacje w sprawie smacznego i zdrowego gotowania. Po powrocie do Marisy ułożyliśmy się do snu. Tak oto po kilku dniach tułaczki, umyci i najedzeni zasnęliśmy jak dzieciątka pod bezpiecznym dachem.

Tagi

Komentarze

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treścia zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwe lub naruszające zasady współżycia społecznego.

Warto przeczytać

Zmiana czasu

Zmiana czasu

Inspiracje
wtorek, 04 czerwca 2019, 11:09
Kilka razy dziennie zmieniam sobie czas… na teraźniejszy, na to co akurat JEST, na ludzi, którzy akurat SĄ i muzykę, która akurat GRA.

Zobacz również